Muzeum Surinamu otworzono stosunkowo niedawno. Niecały rok temu - 25 września 2025. Instytucja zajmuje budynek, który już od dawna, choć ze zmiennym szczęściem, służył diasporze surinamskiej w Amsterdamie. W latach 90. kupiło go Stowarzyszenie Nasz Surinam, powstałe w 1919 roku, a więc najstarsza organizacja Surinamczyków w Niderlandach.
Dopiero jednak niedawno udało się stworzyć wystawę, a całkiem niedawno, bo dosłownie dwa tygodnie przed moim przyjazdem, udostępniono muzeum także posiadaczom rocznych kart muzealnych, którzy wchodzą tutaj za darmo okazując tylko swoją legitymację. To system, który pozwala za roczną jednorazową opłatą w wysokości 75 euro wchodzić bez dodatkowego biletu do państwowych lub samorządowych, a także znakomitej większości prywatnych muzeów. Jeszcze przed przyjazdem kupiłem taką kartę, aby w czasie miesięcznego pobytu odświeżyć moją wiedzę i znajomość amsterdamskich wystaw. W takim Rijksmuseum na przykład nie jestem w stanie oglądać wszystkich tych skarbów sztuki dłużej niż dwie godziny. Z kartą muzealną byłem tam więc trzy razy. To dobre dawkowanie sobie wrażeń, to też dobry przerywnik w pracy, bo trzeba się na trochę oderwać od biurka. Tym bardziej, że od placu muzealnego, gdzie jest co najmniej pięć muzeów, w tym Stedelijk i Van Gogha, mam z Domu Tłumacza kilkaset metrów. Muzeum Surinamu znajduje się jednak dalej, trzeba podjechać rowerem - to też dobry przerywnik w pracy tłumacza.
Bilet dla dorosłego kosztuje w muzeum 17, 50 euro. To mniej niż do Rijsmuseum czy podobnych placówek. Nie ma tutaj obrazów dawnych mistrzów pędzla, jest za to mnóstwo informacji o tym, skąd wzięło się bogactwo Holandii i dlaczego stać było jej mieszkańców na drogie obrazy, a stać było na nie nawet bogatych chłopów, płacących za niewielkich rozmiarów (tańsze) pejzaże, martwe natury i scenki rodzajowe, w tym z wnętrza chłopskich chat. Bogactwo to wzięło się wprost z wyzysku zniewolonych Afrykańczyków. Choć także handlowe talenty holenderskiej nacji odegrały tutaj pewną rolę. A czy my moglibyśmy dodać do tego, że wzbogacono się także na wyzysku chłopa pańszczyźnianego w Rzeczpospolitej. Jak to? Ano tak to, że wielce zyskowny handel zbożem, drewnem, dziegciem itp. z właścicielami latyfundiów w Rzeczpospolitej także przyczynił się do bogactwa Niderlandów. Właściciele majątków, chcąc sprzedać więcej płodów rolnych, podwyższali obciążenia pańszczyźniane i to w czasie, kiedy gdzie indziej w Europie one malały. Produkcji rolnej u nas nie unowocześniano, tylko w ten ekstensywny sposób zwiększano. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że sukces handlowy Holendrów i sukces eksportowy właścicieli wielkich majątków ziemskich jest także efektem wyzysku chłopów w Rzeczpospolitej.
Wystawę otwierają sale o przyrodzie Ameryki Południowej, gdyż w tej części amerykańskiego kontynentu leży Surinam. Tylko przez moment mnie to zaskoczyło. Ale przecież takie były też moje pierwsze wrażenia w kraju, kiedy go odwiedziłem. Już podróż z odległego od Paramaribo lotniska karmi wzrok bujną zielonością przydrożnych roślin i drzew. Dość płynnie narracja muzealna przechodzi do pierwszych mieszkańców. Rdzenni Surinamczycy żyli w plemiennych grupach i dobrze, że znamy nazwy tych ludów. Zachowały się, gdyż zostały przekazane przez Europejczyków, którzy nie tylko mieli talenty konkwistadorskie, ale wielu z nich potrafiło pisać i rysować.
Natrafimy więc w muzeum na dawne dioramy i ryciny, zdjęcia i okazy fauny, a na dużych ekranach telewizyjnych można obejrzeć kilkuminutowe filmy (zamieszczam kilka zdjęć tych ekranów). Ich długość jest optymalna, co zachęca do obejrzenia nagrania i wysłuchania komentarza, który dostarcza niezbędnych informacji. Zazwyczaj przed ekranem stoją dwa krzesła i są też dostępne dwa zestawy słuchawek. Zastanawiam się, czy aby popularność muzeum nie zmusi jego organizatorów do pewnych zmian. Od kiedy bowiem można wchodzić tutaj na kartę muzealną, ruch się zwiększył. Ja sam byłem tutaj dwa razy i za każdym widziałem sporo osób, w tym wiele pochodzenia surinamskiego.
W muzeum umieszczono miniaturę statku przewożącego niewolników. Można zajrzeć do środka i zobaczyć w jakich warunkach "ludzki towar" był przewożony przez Atlantyk.
Nie chcę spamować Wam wszystkich ekspozycji w Muzeum Surinamu. Moją uwagę zwróciły elementy związane ze śladami niewolnictwa w przestrzeni miejskiej Amsterdamu. To znaki czasu, w których pragnienie egzotyki miesza się prawdziwymi historiami, a często też przykrywa prawdę o rzeczywistym życiu czarnych zniewolonych Afrykańczyków.
Dla wielu odwiedzających muzeum osób zaskoczeniem będzie wielość ludów i ras, które zamieszkały w Surinamie. O rdzennych mieszkańcach i Afrykańczykach mówi się najwięcej, nieco mniej o Żydach, a już z rzadka tylko o Hindusach, Syryjczykach czy białych holenderskich chłopach, którzy do tego kraju emigrowali lub których tutaj sprowadzano.
Trochę zaskoczyła mnie część wystawy poświęcona mojemu autorowi, bo mieści się na... korytarzu. Fakt faktem, że długie korytarze, dzięki wysokiemu sufitowi w budynku muzeum, a więc i wysokim ścianom, wykorzystywane są do umieszczenia kolejnych części ekspozycji, ale moim zdaniem Anton de Kom zasłużył na więcej. W końcu jego książka, pierwsza praca czarnego intelektualisty, a zarazem aktywisty społecznego, wyznacza swoisty dział wód między dawną historiografią pisaną przez białych paternalistycznie nastawionych badaczy dziejów a nowoczesnym podejściem do historii w rodzaju "the empires writes back". Sformułowania tego, kiedy de Kom pisał swoją książkę My niewolnicy Surinamu (1934), jeszcze nie było, a. więc to termin avant la lettre, ale zarysowywało się zjawisko, które można na polski i w kontekście de Koma tłumaczyć jako "kolonia odpisuje", "kolonia odpowiada", a nawet 'bierze odwet".





















Komentarze
Prześlij komentarz