Pierwszym muzeum, które odwiedziłem tego roku w Amsterdamie, było Muzeum Surinamu. O nim napiszę jednak później, bo teraz chciałbym wspomnieć o mojej drugiej muzealnej wizycie. Chodzi o Muzeum Van Loon na Keizersgracht. Dlaczego akurat o tym przybytku sztuki i czy ma to związek z Surinamem? Tak, właściciele tego wspaniałego patrycjuszowskiego domu, znajdującego się w prominentnej części miasta przy jednym z najznaczniejszych amsterdamskich kanałów, zbili majątek na handlu niewolnikami, których już po przewiezieniu do Ameryki zatrudniano najczęściej na surinamskich plantacjach.
Kilka dni później kupiłem książkę Przewodnik po niewolniczej przeszłości w Amsterdamie, jak można by przełożyć tytuł tego przewodnika Gids Slavernijverleden Amsterdam. A tam przeczytałem, że rodzina van Loon dorobiła się na handlu ludźmi. Oczywiście od razu poszedłem z kolejną wizytą na Keizersgracht, ale teraz nieco inaczej patrzyłem na ów przybytek sztuki. Nadal podziwiałem, ale zdobyta wiedza niczym fałszywy akord pobrzmiewała mi w uszach.
W 1602 roku Willem van Loon był jednym z założycieli Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC), a wielu jego potomków piastowało wysokie funkcji, byli wśród nich burmistrzowie Amsterdamu, niektórzy zasiadali w zarządzie VOC - monopolistycznej organizacji, która w Republice Zjednoczonych Prowincji była swoistym państwem w państwie. A w XVIII wieku Jan van Loon był ważnym członiem zarządu Kompanii Zachodnioindyjskiej (WIC), która mogła prowadzić handel od Przylądka Dobrej Nadziei na zachód, a więc z zachodniego wybrzeża Afryki transportowała "ludzki towar" do Ameryki. To było jej główne zajęcie i ważne źródło dochodu. W 1738 roku Jan van Loon został dyrektorem Towarzystwa Surinamskiego, które de facto administrowało kolonią.
Ale czy na pewno? Może z postkolonialnego wyczulenia projektujemy naszą dzisiejszą wiedzę o koloniach na dawne wieki? Przypomina mi się Dom Czarnogłowych w Rydze, po łotewsku Melngalvju brālības, choć właściwsza byłaby niemiecka nazwa Schwarzhäupterhaus, gdyż ta organizacja typu paramilitarnego - Compagnie der Schwarzen Häupter - skupiała młodych nieżonatych kupców niemieckich w Rydze.
Dom Czarnogłowych w Rydze.
Ich symbolem był chrześcijański męczennik św. Maurycy, którego przedstawiano w ikonografii zawsze jako człowieka śniadego, a niekiedy jak w Rydze jako czarnego Maura. Nie było w tym kolonialnego spojrzenia w późniejszym znaczeniu tego słowa, a św. Maurycy był raczej wzorem do naśladowania jak na tym ryskim fresku.

Być może zmiana polityki muzealnej zaczęła się od wizyty prezydenta Obamy we wrześniu 2018 roku, który jadł tutaj wykwintną kolację?
Popatrzmy na ten portret mieszkanki domu przy Keizersgracht. Wygląda na miłą babcię, mogłaby robić na drutach i opowiadać wnukom bajeczki, ale to Johanna Borski-van de Velde. Na początku XIX wieku po śmierci męża rozwijała jego interesy, prowadziła przez pośrednictwo firmy adwokackiej interesy na giełdzie (nie goszczono jej tam chętnie i sam nie wiem czy dlatego, że była kobietą, czy też po części dlatego, że działała na giełdzie z wielkim sukcesem). Nabyła też akcje założonego przez króla Willema I Banku Holenderskiego i zapobiegła upadkowi Holenderskiego Towarzystwa Handlowego. Czego się nie dotknęła - odnosiła finansowe sukcesy.
Czy to wszystko? Nie. Są jeszcze dwa tematy związane z muzeum Van Loon. Pierwszy dotyczy architektury muzeum. To jeden z niewielu zachowanych projektów architektonicznych obejmujących dom przy grachcie, ogród na jego tyłach, a na przedłużeniu ogrodu wozownię i stajnię z wyjściem i wyjazdem na paralelną mniejszą ulicę. Dawniej było to typowe patrycjuszowskie domostwo, dziś wyjątek i warte obejrzenia unicum.
Wprawdzie obrazy Jurriaana Andriessena z ok. 1768 roku przedstawiają co innego niż tapeta w lubeckim domu Buddenbrooków, ale samo wyobrażenie przestrzeni i wpływu widoku na ścianach na osoby przebywające w pokoju bardzo pomogło mi w tłumaczeniu.























Komentarze
Prześlij komentarz