Przejdź do głównej zawartości

Amsterdam, Paramaribo, Ryga i Lubeka

Pierwszym muzeum, które odwiedziłem tego roku w Amsterdamie, było Muzeum Surinamu. O nim napiszę jednak później, bo teraz chciałbym wspomnieć o mojej drugiej muzealnej wizycie. Chodzi o Muzeum Van Loon na Keizersgracht. Dlaczego akurat o tym przybytku sztuki i czy ma to związek z Surinamem? Tak, właściciele tego wspaniałego patrycjuszowskiego domu, znajdującego się w prominentnej części miasta przy jednym z najznaczniejszych amsterdamskich kanałów, zbili majątek na handlu niewolnikami, których już po przewiezieniu do Ameryki zatrudniano najczęściej na surinamskich plantacjach. 



Był rok 2018 kiedy odwiedziłem to miejsce pierwszy raz. Byłem pod wielkim wrażeniem domu, jego wyposażenia, historii zamieszkujących tu ludzi, m.in. słynnego malarza Ferdynanda Bola oraz Thory van Loon-Egidius, damy dworu królowej Wilhelminy. Podziwiałem i podziwiałem. 

Kilka dni później kupiłem książkę Przewodnik po niewolniczej przeszłości w Amsterdamie, jak można by przełożyć tytuł tego przewodnika Gids Slavernijverleden Amsterdam. A tam przeczytałem, że rodzina van Loon dorobiła się na handlu ludźmi. Oczywiście od razu poszedłem z kolejną wizytą na Keizersgracht, ale teraz nieco inaczej patrzyłem na ów przybytek sztuki. Nadal podziwiałem, ale zdobyta wiedza niczym fałszywy akord pobrzmiewała mi w uszach. 

W 1602 roku Willem van Loon był jednym z założycieli Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC), a wielu jego potomków piastowało wysokie funkcji, byli wśród nich burmistrzowie Amsterdamu, niektórzy zasiadali w zarządzie VOC - monopolistycznej organizacji, która w Republice Zjednoczonych Prowincji była swoistym państwem w państwie. A w XVIII wieku Jan van Loon był ważnym członiem zarządu Kompanii Zachodnioindyjskiej (WIC), która mogła prowadzić handel od Przylądka Dobrej Nadziei na zachód, a więc z zachodniego wybrzeża Afryki transportowała "ludzki towar" do Ameryki. To było jej główne zajęcie i ważne źródło dochodu. W 1738 roku Jan van Loon został dyrektorem Towarzystwa Surinamskiego, które de facto administrowało kolonią.


Pochodzenie herbu, który widnieje na tym obrazie, nie jest jeszcze dobrze znane, nadal prowadzone są badania, choć głowy czarnoskórych ludzi nie są aż tak bardzo zaskakujące w kontekście historii rodziny van Loon. 




Ale czy na pewno? Może  z postkolonialnego wyczulenia projektujemy naszą dzisiejszą wiedzę o koloniach na dawne wieki? Przypomina mi się Dom Czarnogłowych w Rydze, po łotewsku Melngalvju brālībaschoć właściwsza byłaby niemiecka nazwa Schwarzhäupterhaus, gdyż ta organizacja typu paramilitarnego Compagnie der Schwarzen Häupter - skupiała młodych nieżonatych kupców niemieckich w Rydze. 


Dom Czarnogłowych w Rydze. 


Ich symbolem był chrześcijański męczennik św. Maurycy, którego przedstawiano w ikonografii zawsze jako człowieka śniadego, a niekiedy jak w Rydze jako czarnego Maura. Nie było w tym kolonialnego spojrzenia w późniejszym znaczeniu tego słowa, a św. Maurycy był raczej wzorem do naśladowania jak na tym ryskim fresku. 




Zapewne jego egzotyczny wygląd i pigmentacja skóry podkreślała powszechność chrześcijaństwa - jak pisał św. Paweł w liście do Galatów "Nie ma już Żyda, ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego". 

Poniżej zamieszczam kolejne zdjęcia zrobione w Rydze w 2025 roku, zarówno w domu gildii, jak i w kościele i choć nie są to XIX- i XX-wieczne stereotypy "Blackface", to o estetyce niektórych z tych wizerunków nie będę się wypowiadać.

(Nie mogę się przy tej okazji powstrzymać od komentarza do słynnej włóczni św. Maurycego, tak ważnej w historii Polski. Otóż cesarz Otton III przekazał kopię włóczni św. Maurycego Bolesławowi Chrobremu jako insygnium władzy królewskiej. Innymi słowy i tylko w pewnym uproszczeniu: Niemiec dał afrykańską włócznię Polakowi w dowód uznania go za człowieka cywilizowanego. To oczywiście żart, ale pokazuje paradoksalność wydarzeń historycznych i że zawsze jest inaczej niż nam się wydaje.)





Po powrocie z muzeum rozmawiam o tym z obecną w Domu Tłumacza Katrin Laiapeia z Estonii, bo zachęciłem ją do wizyty w Muzeum Van Loon, a ona mówi mi, że u nich w Tallinie też jest taki Dom Czarnogłowych, gildia kupców i też wybrali sobie św. Maurycego za opiekuna, więc też są tam czarne głowy Maurów w wystroju sali. 


No to spójrzmy raz jeszcze na Jana van Loona. Wzbogacił się na handlu zniewolonymi ludźmi, ale skąd w herbie czarnogłowi, to muszą wykazać prowadzone badania. Przy okazji podzielę się taką refleksją: w 2019 roku, w czasie mojej ostatnie wizyty w muzeum, w ogóle nie było tam ani śladu wzmianki o przeszłości Van Loonów. Dziś już to się zmieniło. 
W sezonie 2019/2020 otworzono wystawę "Aan de Surinaamse grachten - Van Loon & Suriname (1728-1863)", której tytuł nawiązuje do słynnej piosenki opiewającej piękno Amsterdamu "Aan de Amsterdammse grachten" Wima Sonnevelda. Po rozmowach w wielokulturowym i wielorasowym gronie powstała ciekawa wystawa (jej efekt widziałem na wyświetlanym w muzeum filmie), tematyzująca problem dziedzictwa i traumę niewolnictwa. Wpisywała się ona w wieloletnią tradycję wystawiania w tym muzeum sztuki współczesnej, co wytwarzało ciekawe napięcie z historycznymi przedmiotami, ale w jakiś szczególny sposób snuło wokół nich nową opowieść. Wystawa z 2019 roku zapowiedziała zmianę kursu w polityce wystawienniczej muzeum Van Loon. Dziś jeszcze można przeczytać o niej - tutaj




Być może zmiana polityki muzealnej zaczęła się od wizyty prezydenta Obamy we wrześniu 2018 roku, który jadł tutaj wykwintną kolację?

A skoro wróciliśmy już z Rygi do Amsterdamu, to uwagę moją w muzeum Van Loon przykuł jeszcze jeden obraz.

Popatrzmy na ten portret mieszkanki domu przy Keizersgracht. Wygląda na miłą babcię, mogłaby robić na drutach i opowiadać wnukom bajeczki, ale to Johanna Borski-van de Velde. Na początku XIX wieku po śmierci męża rozwijała jego interesy, prowadziła przez pośrednictwo firmy adwokackiej interesy na giełdzie (nie goszczono jej tam chętnie i sam nie wiem czy dlatego, że była kobietą, czy też po części dlatego, że działała na giełdzie z wielkim sukcesem). Nabyła też akcje założonego przez króla Willema I Banku Holenderskiego i zapobiegła upadkowi Holenderskiego Towarzystwa Handlowego. Czego się nie dotknęła - odnosiła finansowe sukcesy. 

Czy to wszystko? Nie. Są jeszcze dwa tematy związane z muzeum Van Loon. Pierwszy dotyczy architektury muzeum. To jeden z niewielu zachowanych projektów architektonicznych obejmujących dom przy grachcie, ogród na jego tyłach, a na przedłużeniu ogrodu wozownię i stajnię z wyjściem i wyjazdem na paralelną mniejszą ulicę. Dawniej było to typowe patrycjuszowskie domostwo, dziś wyjątek i warte obejrzenia unicum


Widok głównego budynku od strony ogrodu.


W głębi budynek wozowni i stajni (tak, wygląda jak pałac).



Wnętrze wozowni i stajni, gdzie obok kilku eksponatów mieści się mała kawiarenka i księgarnia.


I na koniec wisienka na torcie. Wspomniana Ryga miała jako miasto hanzeatyckie ścisłe kontakty z Lubeką, a w Domu Czarnogłowych jest nawet sala lubecka. Tak, jesteśmy już przy Buddenbrookach, noblowskiej powieści Thomasa Manna. Kiedy ją tłumaczyłem i wyobrażałem sobie pokój krajobrazowy (Landschafszimmer), miałem często przed oczyma jedno z pomieszczeń w muzeum Van Loon. Więc nie mogę sobie odmówić przyjemności podzielenia się zdjęciami z tego pokoju zwanego Drakensteynkamer.






Wprawdzie obrazy Jurriaana Andriessena z ok. 1768 roku przedstawiają co innego niż tapeta w lubeckim domu Buddenbrooków, ale samo wyobrażenie przestrzeni i wpływu widoku na ścianach na osoby przebywające w pokoju bardzo pomogło mi w tłumaczeniu. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siermiężni sierżanci

Co się dzieje w Surinamie? Nie, to pytanie nie jest dowodem na to, że w tym kraju wydarzyła się jakaś katastrofa. I nie, nie będzie tutaj również najnowszych wiadomości "z Surinamu" - o tym jest mowa w innych wpisach . "Co się dzieje w Surinamie?" świadczy raczej o tym, że mam z tyłu głowy stale 'co się dzieje w Polsce?' Pobyt w byłej holenderskiej kolonii i pierwsze doświadczenia z tym krajem nastrajają mnie bowiem dość refleksyjnie, bo wiele rzeczy, o których tutaj słyszę i które sam widzę, jako żywo, przypomina mój kraj. Nawet jeśli zamieszczone zdjęcia różnią się niekiedy znacznie od obrazków z Polski, to wielokrotnie podczas tego pobytu nachodziła mnie myśl o własnym kraju i skojarzenie z nim. Busiki-taksówki to podstawowa komunikacja mieszkańców Paramaribo (fot. J. Koch) Widok na rzekę Surinam (fot. J. Koch) Surinam ma swojego właściciela. To jeden człowiek. Nie rządzi jednak z tylnego siedzenia i nie jest jedynie 'zwykłym posłem'...

Droga do serca kraju

Najpierw droga do stolicy. Pendolinem. Zapomniałem o strefie ciszy, więc jestem wystawiony teraz na rozmowy Polaków o niczym, pokazywanie sobie śmiesznych filmików, oglądanie żenujących seriali... Wrzucony w sam środek krajowej komunikacji między Polkami i Polakami, którzy nagle doświadczają wzmożenia werbalnego, staram się skupić i doczytać lektury obowiązkowe. Odświeżam sobie książkę Antona de Koma "My niewolnicy Surinamu" ( Wij slaven van Suriname , 1934), o której wspólnie z M. mamy wygłosić referat na konferencji w Paramaribo. Referat gotowy, ale jeszcze to i owo trzeba doszlifować, może coś dopisać, coś usunąć. Potem naczytać się tekstu, aby zmieścić się w regulaminowym czasie. Znajduję w plecaku z komputerem mały notatnik z Festiwalu Miłosza z napisem "zdobycie władzy", co było mottem tegorocznej edycji, na której M. prezentowała bośniacką poetkę Feridę Duraković . Przypadków nie ma - to motto o zdobywaniu władzy jak nigdy pasuje do de Koma. Lubię takie ...